Referendum w Krakowie przestało być polityczną zapowiedzią, medialnym straszakiem czy kolejną miejską awanturą. Termin został już wyznaczony, procedura ruszyła, a pytanie, które dziś naprawdę wybrzmiewa, nie brzmi już: „czy referendum będzie?”, lecz raczej: „czy mieszkańcy są jeszcze gotowi, by w tym wszystkim uczestniczyć?”. To felieton z boku sceny – nie agitacja, lecz próba spokojnego namysłu nad tym, co już się wydarzyło i co jeszcze może się wydarzyć.
Komisarz Wyborczy w Krakowie I wydał 7 kwietnia 2026 r. postanowienie o przeprowadzeniu referendum gminnego w sprawie odwołania Prezydenta Miasta Krakowa oraz Rady Miasta Krakowa przed upływem kadencji. Data została wyznaczona na niedzielę, 24 maja 2026 r. To już nie jest polityczna zapowiedź, miejska plotka ani medialna przymiarka. To jest stan prawny. Inicjatywa została zgłoszona 27 stycznia, a wniosek z podpisami wpłynął 11 marca.
I może właśnie dlatego dziś najciekawsze pytanie nie brzmi już: czy referendum będzie? To wiemy. Pytanie brzmi raczej: czy Kraków nie jest już tym wszystkim zwyczajnie zmęczony? Bo jest różnica między politycznym wzmożeniem a obywatelską energią. Jedno lubi hałas. Drugie wymaga sensu.
Podpisy zostały zebrane. Sygnał już poszedł
Podpisy wykonały swoją robotę. Krajowe Biuro Wyborcze wykazało 61 146 prawidłowych podpisów przy wymaganym minimum 58 356. Jednocześnie odnotowano 23 741 pozycji wadliwych, czyli blisko 28 proc. wszystkich zweryfikowanych wpisów; w zestawieniu KBW znalazła się też informacja o skierowaniu do prokuratury zawiadomienia w związku z danymi osób nieżyjących na listach poparcia. Innymi słowy: referendum nie jest już postulatem. Ono już zadziałało jako polityczny alarm.

I tu zaczyna się wątpliwość, której wielu chyba nie chce dziś głośno wypowiedzieć. Czy sam fakt doprowadzenia do referendum nie był już dla rządzących wystarczająco mocnym sygnałem? Czy nie dotarło to tam, gdzie miało dotrzeć? Czy nie widać, że coś drgnęło — choćby w tonie, w ostrożności, w politycznej czujności? Być może się mylę. Ale patrząc z boku, mam wrażenie, że samo widmo referendum potrafi czasem zadziałać mocniej niż jego wynik.
Demokracja daje narzędzie, ale nie zwalnia z myślenia
Oczywiście referendum jest narzędziem demokracji. I dobrze, że istnieje. Tyle że demokracja to nie tylko prawo do odwołania władzy. To także obowiązek zadania sobie pytania: co dalej? Bo tu nie chodzi już tylko o emocję, lecz o konsekwencję. A z nią zaczynają się schody.
Formalnie wszystko rozbije się o frekwencję. Komisarz Wyborczy podał, że aby referendum było ważne, udział musi wziąć co najmniej 158 555 osób w części dotyczącej prezydenta oraz 179 792 osoby w części dotyczącej Rady Miasta. Dopiero potem liczy się to, czy za odwołaniem padnie więcej niż połowa głosów ważnych. To oznacza, że stawką nie jest wyłącznie odpowiedź „tak” albo „nie”, ale samo to, ilu ludzi w ogóle zechce wejść w tę polityczną grę.

Iść czy nie iść? Oto prawdziwy spór
I właśnie dlatego to referendum jest tak osobliwe. Jedni będą nawoływać: idźcie, bo trzeba coś przerwać. Drudzy: nie idźcie, bo właśnie niska frekwencja będzie formą obrony obecnego układu. Sam prezydent Aleksander Miszalski publicznie powiedział po ogłoszeniu terminu, że jeśli mieszkańcy uważają, iż powinien dokończyć kadencję, to w dniu referendum powinni zostać w domu, a „zwycięstwem” będzie niska frekwencja. Trudno o lepszy dowód na to, że dziś nie toczy się spór o samą ideę demokracji, tylko o zarządzanie emocją i frekwencją.
I tu dochodzimy do sedna mojego niepokoju. Coraz mniej słyszę rozmowy o tym, jak naprawić Kraków, a coraz więcej o tym, jak wygrać referendum. Coraz mniej konkretu, coraz więcej mobilizacji przeciw komuś. Coraz mniej odpowiedzi na pytanie „jaki plan po?”, a coraz więcej przekonywania, że najpierw trzeba „zrobić porządek”. Tyle że miasto to nie jest tablica, którą wystarczy zmazać gąbką.
Kto krzyczy najgłośniej i co z tego wynika
Eksperci też zwracają uwagę, że obóz stojący za odwołaniem nie jest jednolity i nie ma wspólnego planu „co dalej”. Politolog prof. Łukasz Danel mówi wprost, że to środowisko nie jest homogeniczne, a kampania będzie starciem dwóch strategii: mobilizacji przeciwników obecnej władzy i demobilizacji jej zwolenników. To ważna uwaga, bo jeśli nawet samo referendum da się wygrać, to jeszcze trzeba wiedzieć, co zrobić z miastem dzień później.
A przecież czasu byłoby mało. Dwa lata w samorządzie to dużo, jeśli chce się zrobić jedną rzecz porządnie, ale bardzo mało, jeśli chce się po odwołaniu prezydenta i rady wszystko układać od nowa: politycznie, urzędniczo, organizacyjnie i społecznie. Miasto nie wymienia się jak kierownicy zmiany w sklepie. Samorząd ma pamięć instytucjonalną, procedury, budżety, inwestycje w toku, uzgodnienia, konflikty i zobowiązania. Reset brzmi atrakcyjnie w haśle. W praktyce zwykle kosztuje więcej, niż obiecuje.
Między podpisem a głosem jest jeszcze miejsce na namysł
Dlatego nie potrafię dziś udawać jednoznaczności. Rozumiem gniew. Rozumiem rozczarowanie. Rozumiem też tych, którzy podpisali listy, bo chcieli wysłać mocny sygnał: „dość”. Ale między podpisem a głosem przy urnie jest jeszcze przestrzeń na namysł. I być może właśnie ona jest dziś najuczciwsza.
Nie piszę tego jako przeciwnik referendum. Piszę raczej jako ktoś, kto patrzy z boku i widzi, że samo ogłoszenie referendum już było dla Krakowa otrzeźwieniem. Pytanie tylko, dla kogo większym: dla rządzących czy dla tych, którzy uwierzyli, że odwołanie automatycznie coś naprawi.
Do maja jeszcze daleko. I wiele może się wydarzyć
Do 24 maja 2026 r. jeszcze trochę czasu. Wiele może się wydarzyć. Może emocje opadną. Może pojawią się konkrety. Może ktoś wreszcie odpowie nie tylko na pytanie „dlaczego odwołać?”, ale też „co potem?”. Dziś jednak bliżej mi do jednej myśli: nie wszystko, co możliwe demokratycznie, musi być politycznie mądre.
I dlatego moja odpowiedź, na dziś, jest bardziej pytaniem niż deklaracją:
czy jesteśmy już tym zmęczeni na tyle, żeby pójść?
Czy może właśnie na tyle, żeby nie iść?
Każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

Ja podchodzę do tego inaczej:
Partia, która przed każdymi wyborami namawia, by na nie iść, staje się NIEPOWAŻNA, gdy nagle zaczyna głosić, że na referendum iść nie należy lub nie warto. A przecież referendum jest równie ważne, a może nawet ważniejsze od wyborów – zdarza się o wiele rzadziej. Skoro zatem zwykle chodzę na wybory, to na referendum TYM BARDZIEJ powinienem iść. Namawianie mnie, bym nie szedł jest dla mnie OBRAŹLIWE.
Czyli p. Miszalski i jego ekipa dostarczyli mi swoim zachowaniem dodatkowej motywacji, by iść na referendum i glosować za ich dymisją.
Pozdrawiam.