Renaturyzacja Zalewu Nowohuckiego to temat, który naturalnie budzi emocje. I dobrze. Bo Zalew nie jest zwykłym zbiornikiem wodnym na mapie Krakowa. Dla wielu mieszkańców Nowej Huty to miejsce spacerów, odpoczynku, rowerów, kajaków, rodzinnych wspomnień, obserwacji ptaków i kontaktu z przyrodą w samym sercu miejskiej codzienności.

Dlatego chcę powiedzieć jasno: uważam, że Zalew Nowohucki zasługuje na poważną, dobrze przygotowaną i przyrodniczo odpowiedzialną renaturyzację. To miejsce przez lata było coraz mocniej zagospodarowywane, doposażane i oddawane mieszkańcom. Teraz przychodzi moment, w którym trzeba na nowo poszukać równowagi między rekreacją a naturą.

I właśnie o tę równowagę chodzi.

Renaturyzacja Zalewu Nowohuckiego to potrzebna inwestycja

Zarząd Zieleni Miejskiej w Krakowie informuje, że głównym celem projektu „Ochrona bioróżnorodności Zalewu Nowohuckiego” jest oczyszczenie zbiornika z nagromadzonych namułów, materii organicznej i obumierającej roślinności wodnej, ukształtowanie brzegów wyspy w celu jej ochrony przed wypłukiwaniem oraz odtworzenie strefy roślinności buforowej i roślinności stale zanurzonej w wodzie.

To są działania, których nie można sprowadzać do prostego hasła „czyszczenie Zalewu”. W gruncie rzeczy mówimy o próbie przywracania równowagi przyrodniczej miejscu, które jednocześnie pełni funkcję rekreacyjną, krajobrazową i ekologiczną.

Nie jestem przeciwnikiem tych działań. Wręcz przeciwnie – uważam, że są potrzebne.

Ale widzę też problem, którego nie można zamieść pod dywan.

Zalew Nowohucki nie jest samotnym zbiornikiem

Zalew Nowohucki nie jest zamkniętym akwarium w środku parku. Nie jest samotną wyspą wodną, którą da się naprawić wyłącznie od środka. Jest częścią większego układu wodnego, w którym ogromne znaczenie mają Dłubnia.

Woda w Zalewie nie bierze się przecież znikąd. Nie pochodzi wyłącznie z deszczu. Nie wypływa magicznie ze studni artezyjskiej. Jeśli chcemy poważnie rozmawiać o jakości wody w Zalewie Nowohuckim, musimy równocześnie rozmawiać o tym, co do niego wpływa.

I tu zaczyna się najtrudniejsza część tej sprawy.

Bo z jednej strony mamy konkretne działania zaplanowane dla Zalewu. Z drugiej – mamy Dłubnię, dopływy, potencjalne zanieczyszczenia, różne kompetencje, różnych zarządców i instytucje, które nie zawsze spotykają się przy jednym stole tak szybko, jak oczekiwaliby mieszkańcy. Wiem coś o tym.

Dłubnia i Młynówka są kluczem do jakości wody w Zalewie

Nie chodzi o to, żeby szukać winnych. Nie chodzi też o to, żeby wskazać jedną instytucję i powiedzieć: „to wszystko przez was”. Takie podejście byłoby zbyt łatwe, a przede wszystkim nieskuteczne.

Rozumiem, że Zarząd Zieleni Miejskiej nie może po prostu wziąć środków celowych przeznaczonych na Zalew Nowohucki i dowolnie wydać ich na rzekę Dłubnię czy Młynówkę, jeśli są one w innym układzie zarządczym. Rozumiem, że środki unijne mają swoje zasady, zakresy, wskaźniki, umowy i ograniczenia. Rozumiem też, że administracja publiczna nie działa na zasadzie: „przesuńmy pieniądze tam, gdzie akurat widzimy szerszy problem”.

Ale mieszkańcy patrzą na efekt.

Mieszkaniec nie analizuje codziennie mapy kompetencji. Nie zastanawia się, czy dana kropla wody jest już w zadaniu ZZM, jeszcze w kompetencjach Wód Polskich, czy może przepływa przez teren, za który odpowiada inny podmiot. Mieszkaniec widzi Zalew. Widzi Dłubnię. Widzi wodę. Widzi przyrodę. I ma prawo oczekiwać, że instytucje publiczne będą potrafiły ze sobą współpracować tak, żeby wydane środki przyniosły trwały efekt.

Bo właśnie trwałość efektu jest tutaj najważniejsza.

Możemy oczyścić dno Zalewu. Możemy usunąć namuły. Możemy zabezpieczyć wyspę. Możemy odtworzyć roślinność buforową. Możemy wykonać potrzebne prace za duże publiczne pieniądze. Ale jeśli nie będziemy równolegle pilnować jakości wody w Dłubni i Młynówce, za kilka lat możemy wrócić do tej samej rozmowy.

Tylko wtedy rachunek będzie już wystawiony. Dlatego obok działań przyrodniczych warto rozważyć także rozwiązania techniczne – ale bez złudzenia, że sama technika zastąpi systemową troskę o rzekę.

Być może jednym z rozwiązań technicznych, które powinno zostać poważnie przeanalizowane, jest automatyczna śluza, zasuwa albo inny system czasowego odcinania dopływu wód Dłubni do Zalewu w okresach podwyższonego stanu wody w rzece np. burzy. To właśnie wtedy rzeka może nieść najwięcej zanieczyszczeń spływających z całej zlewni: z dróg, terenów zurbanizowanych, przemysłowych, rolnych czy źle kontrolowanych odpływów w tym kolektorach ściekowych.

Skoro mówimy o inwestycji za wiele milionów złotych, trudno uznać taki kierunek za nierealny bez wcześniejszej analizy hydrologicznej, technicznej i ekonomicznej. Pytanie jednak brzmi: czy taka śluza rzeczywiście rozwiązuje problem, czy tylko odcina jego skutki na pewnym etapie? Czy nie stworzy kolejnego stałego kosztu: utrzymania, serwisu, przeglądów, wymiany elementów, obsługi automatyki, reagowania na awarie i podejmowania decyzji, kiedy system ma zadziałać?

Bo każda infrastruktura, nawet najlepsza, nie kończy się w dniu przecięcia wstęgi. Ona zaczyna wtedy generować obowiązki. Ktoś musi ją kontrolować. Ktoś musi za nią odpowiadać. Ktoś musi reagować, gdy mechanizm zawiedzie, czujnik przestanie działać albo woda przyjdzie szybciej, niż przewidziano w dokumentacji. Czy będzie to dodatkowe zadanie dla ZZM? Czy potrzebna będzie stała dyspozycyjność pracownika? Czy system będzie powiązany z monitoringiem jakości wody i stanów rzeki?

Dlatego śluza może być częścią odpowiedzi, ale nie powinna być wygodnym alibi. Nawet najlepsze urządzenie techniczne nie zastąpi kontroli źródeł zanieczyszczeń, współpracy instytucji i stałego pilnowania Dłubni. Może ochronić Zalew w momentach krytycznych, ale nie oczyści samej rzeki.

Nie chodzi o szukanie winnych, tylko o rozwiązanie systemowe

Najłatwiej byłoby napisać tekst pełen pretensji. Że ktoś czegoś nie dopilnował. Że ktoś inny powinien. Że kolejna jednostka ma kompetencje, a jeszcze inna nie ma pieniędzy. Tylko że mieszkańcy nie potrzebują kolejnego sporu kompetencyjnego. Potrzebują rozwiązania.

Ja również nie szukam tu winnych. Widzę problem i szukam rozwiązania.

Problem polega na tym, że Zalew Nowohucki i Dłubnia są połączone przyrodniczo, ale administracyjnie potrafią być rozdzielone. A kiedy przyroda działa jako jeden organizm, a instytucje działają w osobnych zakresach, bardzo łatwo o sytuację, w której każdy robi swoje, a całość nadal nie działa tak, jak powinna.

To właśnie może być największe ryzyko.

Nie formalne marnotrawienie środków, ale marnotrawienie szansy.

Szansy na to, żeby potraktować Zalew Nowohucki nie jako osobny obrazek z katalogu miejskich inwestycji, lecz jako część większego układu wodnego. Układu, który zaczyna się wcześniej, płynie przez kolejne miejsca, zbiera po drodze różne problemy i dopiero potem wpływa w przestrzeń, którą mieszkańcy znają jako Zalew Nowohucki.

ZZM nie może zrobić wszystkiego, ale miasto powinno pilnować całości

W tej sprawie trzeba zachować uczciwość. ZZM odpowiada za określony zakres działań. Wody Polskie odpowiadają za swoje zadania. Inni zarządcy mają swoje obowiązki. Tereny przemysłowe, infrastruktura, kanalizacja, odpływy, dopływy, Młynówka – to wszystko tworzy układ, który nie mieści się wygodnie w jednym segregatorze.

Ale skoro problem dotyczy Krakowa, mieszkańców Krakowa i jednego z najważniejszych terenów rekreacyjno-przyrodniczych Nowej Huty, miasto nie powinno być wyłącznie obserwatorem.

Wody Polskie prowadzą prace nad koncepcją renaturyzacji i poprawy warunków geomorfologicznych rzeki Dłubni na odcinku od zbiornika Zesławice do ujścia do Wisły. Według informacji przetargowych koncepcja ma wspierać zwiększenie bioróżnorodności w dolinie Dłubni oraz umożliwić jej wykorzystanie turystyczne i rekreacyjne.

To ważna informacja. Dłubnia nie jest tylko „problemem technicznym”. To może być jeden z najważniejszych zielono-błękitnych korytarzy Nowej Huty. Rzeka, która zamiast być zapomnianym ciekiem na tyłach osiedli, może stać się osią przyrody, rekreacji, edukacji i lokalnej dumy.

W październiku 2025 roku Wody Polskie informowały także o roboczym spotkaniu zespołu ds. renaturyzacji rzeki Dłubni, podczas którego przedstawiono i omawiano wstępne wariantowe rozwiązania projektowe w zakresie działań rewitalizacyjnych dla poszczególnych odcinków rzeki.

To oznacza, że temat Dłubni istnieje. Jest analizowany. Jest przedmiotem prac. Ale właśnie dlatego Kraków powinien być w tym procesie aktywny i konsekwentny. Nie po to, żeby przejmować cudze kompetencje. Po to, żeby pilnować interesu mieszkańców i trwałości efektu działań nad Zalewem Nowohuckim.

Potrzebny jest miejski koordynator do spraw czystości Dłubni

Dlatego uważam, że potrzebne jest rozwiązanie praktyczne. Nie wielka nowa instytucja. Nie kolejny urząd. Nie kosztowna struktura, która będzie produkowała dokumenty. Potrzebna jest osoba lub zespół odpowiedzialny za koordynację spraw związanych z czystością Dłubni i jej dopływów w granicach Krakowa.

Taki miejski koordynator nie musiałby być zarządcą rzeki. Od tego są właściwe instytucje. Ale mógłby być łącznikiem pomiędzy mieszkańcami, ZZM, Wodami Polskimi, Wodociągami, wydziałami miejskimi, służbami kontrolnymi, zarządcami terenów i podmiotami, przez których obszary przepływa Dłubnia lub Młynówka.

Ktoś powinien pilnować, żeby zgłoszenia o podejrzanych odpływach, dzikich zrzutach, nielegalnych przyłączach, niepokojących zapachach, pianie, zanieczyszczeniach czy zmianach koloru wody nie ginęły w urzędowej matni.

Bo dziś Dłubnia jest trochę jak sama woda – przepływa między kompetencjami.

Jedna jednostka odpowiada za zieleń. Druga za rzekę. Trzecia za kanalizację. Czwarta za kontrolę. Piąta za teren. Szósta za procedurę. I nagle okazuje się, że wszyscy mają kawałek odpowiedzialności, ale mieszkańcowi trudno wskazać jedno miejsce, w którym temat jest naprawdę prowadzony od początku do końca.

A przecież w interesie wszystkich jest to samo: czystsza Dłubnia, zdrowszy Zalew, lepsza przyroda i mniej konieczności kosztownego naprawiania skutków za kilka lat.

Czysta Dłubnia to najlepsza ochrona Zalewu Nowohuckiego

Od lat przy Dłubni działają społecznicy, mieszkańcy, wolontariusze i organizacje, które pokazują, że ta rzeka ma dla Nowej Huty ogromne znaczenie. Dłubnia to nie jest tylko ciek wodny na mapie. To część lokalnej tożsamości. To rzeka, która może łączyć osiedla, tereny zielone, historię, rekreację i przyrodę.

Dlatego hasło „Czysta Dłubnia” nie powinno być traktowane wyłącznie jako nazwa społecznej akcji sprzątania. Powinno stać się jednym z kierunków myślenia o Nowej Hucie.

Jeśli chcemy czystszego Zalewu Nowohuckiego, musimy myśleć o czystszej Dłubni. Jeśli chcemy trwałej renaturyzacji Zalewu, musimy pilnować tego, co do niego wpływa. Jeśli chcemy chronić bioróżnorodność, nie możemy zatrzymać się na granicy jednego zbiornika.

To jest naczynie połączone. Dosłownie i symbolicznie.

Zróbmy coś dla Dłubni, myśląc o Zalewie Nowohuckim

Nie mam gotowej magicznej odpowiedzi. I nie będę udawał, że taki problem da się rozwiązać jednym wpisem, jedną uchwałą albo jednym pismem. Widzę jednak coś, czego nie powinniśmy ignorować: jeśli chcemy naprawdę zadbać o Zalew Nowohucki, musimy równolegle zadbać o Dłubnię.

Po latach doposażania Zalewu, dodawania atrakcji, wzmacniania funkcji rekreacyjnej i czynienia tego miejsca coraz bardziej „dla ludzi”, wracamy dziś do pytania, jak oddać część tej przestrzeni przyrodzie. To może brzmieć sprzecznie, ale właśnie na tym polega dojrzałe zarządzanie miastem.

Miejsce może służyć mieszkańcom i przyrodzie jednocześnie, ale tylko wtedy, gdy szukamy równowagi.

A tej równowagi nie znajdziemy wyłącznie na tafli Zalewu.Musimy jej szukać także w Dłubni.

Dlatego mój apel jest prosty: zróbmy coś dla Dłubni, myśląc o Zalewie Nowohuckim. Nie przeciwko komukolwiek. Nie po to, by przerzucać odpowiedzialność. Nie po to, by zatrzymać potrzebne działania nad Zalewem. Wręcz przeciwnie – po to, by te działania miały większy sens i trwalszy efekt.

Bo jeśli Zalew Nowohucki ma być naprawdę zdrowszy, piękniejszy i bardziej odporny na kolejne lata, nie wystarczy zapytać, co zalega na jego dnie.

Trzeba też zapytać, co do niego wpływa.

I kto w Krakowie będzie tego naprawdę pilnował.


Jeśli naprawdę chcemy czystszego Zalewu Nowohuckiego, nie wystarczy zapytać, co zalega na jego dnie. Trzeba też zapytać, co do niego wpływa – i kto będzie tego pilnował.

By Marcin Pawlik

Nowohucianin, Radny Dzielnicy XVIII Nowa Huta

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

×