Piszę to jako radny Dzielnicy XVIII Nowa Huta, ale przede wszystkim jako mieszkaniec. Taki, który patrzy na miasto „od środka” codziennych spraw: chodników, dojazdów, szkół, parkowania, bezpieczeństwa, zieleni i decyzji odkładanych miesiącami, bo „teraz się nie da”. Dlatego mam jedno mocne przekonanie: referendum nie jest wyłącznie próbą zmiany władzy. Ono jest lustrem. Pokazuje, jaka ta władza naprawdę jest – zwłaszcza wtedy, gdy ktoś stawia jej pytanie prosto w oczy.

Co referendum pokazuje o władzy

Gdy rośnie liczba podpisów i rośnie napięcie, człowiek rozsądnie oczekuje reakcji w stylu: „Sprawdźmy, co nie działa. Usiądźmy do rozmowy. Pokażmy plan naprawy i terminy”. A my słyszymy raczej okrzyki o „nienawiści”, „hejcie”, „dogrywce” i opowieści o tym, ile już zrobiono oraz ile jeszcze się zrobi.

Owszem – zawsze jest co robić. Kraków to nie prezent w pudełku, tylko żywy organizm. Ale jest różnica między odpowiedzialnym przyjęciem krytyki a odruchem obrony twarzy. Władza, która umie słuchać, nie boi się pytań. Władza, która reaguje etykietą i narracją, pokazuje, że traktuje mieszkańców jak kłopot, a nie jak partnerów.

Dzielnice wiedzą swoje: „drużynowość” i własne zdanie

Z perspektywy dzielnic widać jeszcze jedną prawdę, o której rzadko mówi się głośno: mechanizm „drużynowości”. Nie zawsze chodzi o wielkie afery. Często o zwykłą praktykę: kto ma „plecy”, temu łatwiej; kto ma własne zdanie, temu trudniej. Kreatywny radny, który pyta „dlaczego?”, bywa niewygodny. Bo w lokalnej polityce nadal zbyt często liczy się nie to, czy pomysł jest potrzebny, tylko czy jest „nasz”.

I kiedy słyszę hasło: „po co ma być lepiej, skoro jest dobrze?”, zawsze pytam: komu dobrze? Bo na wielu osiedlach odpowiedź brzmi inaczej niż w gabinetach.

Skąd ten zryw i co zostanie po referendum

Dlatego nie dziwi mnie „pospolite ruszenie” wokół referendum. Ludzie nie podają swoich danych „dla sportu”. Robią to wtedy, gdy mają poczucie, że ich sprawy są spychane, rozmywane, przekładane, a rozmowa zamienia się w PR. I w tym sensie referendum jest sygnałem alarmowym – nawet dla tych, którzy są mu przeciwni.

Można dyskutować o argumentach, o intencjach organizatorów, o politycznym tle. Ale nie da się zakrzyczeć faktu, że miasto weszło w etap braku zaufania, a to jest najdroższa waluta w samorządzie.

Ja nie chcę Krakowa „na wojnie”. Chcę Krakowa, w którym władza umie powiedzieć: „tu zrobiliśmy błąd”, „tu nie dowieźliśmy”, „tu poprawimy w 3 miesiące”, a nie tylko: „my, my, my”. Bo jeśli po referendum zostanie łatka – to oby nie taka, że „krytyka to nienawiść”, tylko taka, że krytyka to informacja, z którą trzeba coś zrobić.

Na koniec pytanie do Was, mieszkańców – bez partyjnych barw:

Czy referendum traktujecie jako wyrok, czy jako żółtą kartkę? I co – konkretnie – musiałoby się zmienić w podejściu miasta, żebyście poczuli, że Wasze osiedle jest słuchane nie tylko wtedy, gdy zbliżają się wybory?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

×